ivolucja.pl

Top 10: najbardziej szalone modele popularnych marek!

Większość marek robi nudne samochody. Ale czasem nawet najnudniejszym strzeli do głowy szalony pomysł.

Marki samochodowe już dawno przestały zajmować się samym w sobie budowaniem samochodów. Nie chodzi mi nawet o to, że teraz to są rozwiązania mobilności lub nowe idee transportu lub inny zlepek popularnych w PR słów, którym można określić słowa „zajmujemy się produkcją pojazdów mechanicznych”, ale raczej o to, że obecnie chodzi głównie o zyskowność. Tak, marki samochodowe obecnie produkują „ZYSKOWNOŚĆ”  – czyli innymi słowy pieniądze – a że robią to sprzedając samochody, a nie młynki do kawy? Tak wyszło no…

Ale nawet pomimo tej całej zyskowności i tego, że produkcja samochodów jest raczej produktem ubocznym robienia pieniędzy niż faktycznym celem działalności to zdarzały się momenty gdy faktycznie ktoś uderzył pięścią w stół i wymusił produkcję jakiejś szalonej idei. Gorzej, że chwilę po rozpoczęciu produkcji wyjątkowo kreatywny ancymon łapał się za głowę, bo okazało się, że nikt nie jest takim świrem jak on.

Takim przypadkom przyjrzymy się dziś. Oto 10 samochodów popularnych marek, które nie odpowiadały na żadne realne potrzeby rynku, nie miały powodu by istnieć, ale ktoś je stworzył z czystej pasji. Wyjątkowe konstrukcje, które chociaż w momencie swojego powstania nie miały sensu to dziś… też nie mają sensu.

Renault

Renault słynie, a w każdym razie słynęło, ze swojej wyjątkowo dziwnej oferty modelowej. Od właściwie lat 80′ albo i nawet wcześniej do powiedzmy roku 2010 wchodząc do salonu Renault zawsze można było się natknąć na jakiś dziwaczny samochód. Były homologacyjne samochody jak Renault 5 Turbo i Turbo II, były ultra szybkie nikomu nie potrzebne sedany jak Renault Safrane BiTurbo, szalone auta sportowe jak Renault Spider czy nawet 3-drzwiowe minivany czyli Avantime. 
Ale moim faworytem wśród dziwacznych i nikomu nie potrzebnych samochodów produkowanych przez Renault jest Clio V6. O ile jestem w stanie zrozumieć podobną w swojej idei „Piątkę” Turbo, bo służyła jako auto homologacyjnej do rajdowej grupy B, o tyle ciężko mi zrozumieć w jakim celu powstało Clio V6. 
Renault Clio V6 nie było autem, które miało być samochodem homologacyjnym do rajdów lub wyścigów. To nie miał być także samochód, który miał rozsławić nazwę „Clio”, bo to nie była pierwsza generacja tego modelu. To nie było też auto, które powstało w celu pobicia rekordów hot-hatchy, bo zwykłe Clio Sport 182 było niewiele wolniejsze. I w końcu – to nie był prawdziwy samochód sportowy, bo po pierwsze to ciągle wyglądało – prawie jak – Clio, a do tego było nieziemsko drogie i limitowane.
Nie mam pojęcia w jakim celu powstało Clio V6. Nie był to jedyny hot-hatch z V6 pod maską, bo takich było wtedy sporo (Golf R32, Alfa 147 GTA…) i były bardziej praktyczne. Więc dla kogo było Clio? Które przypominam miało silnik z Laguny, który ani mocą ani brzmieniem nie równał się VR6 Volkswagena lub Busso z Alfy. Nie wiem, nie rozumiem po co powstało Clio V6. Bardzo cieszy mnie, że powstało, nie zrozumcie mnie źle, ale nie widzę jego sensu.

Białe Renault Clio v6 od frontu, podczas jazdy
Przedliftowe Clio V6 było totalnym zabijaką. Po lifcie jest nieco lepiej.

Volkswagen

Volkswagen to auta dla ludu – jak sama nazwa wskazuje. Czyli w firmie o takiej nazwie i, nazwijmy to, przeznaczeniu nie powinno być miejsca na modele dziwne, lub takie, których nikt nie kupi. Bo takie auta gryzą się z całą ideą marki, prawda?
No niby tak, ale mimo to nawet tak ludzkiej marce zdarzały się dziwne modele, na przykład Phaeton, Touareg R50 czy Passat W8. Mimo to co do zasady VW trzymał się raczej popularnych segmentów, Golf, Polo, Tiguan czy Sharan to samochody popularne, którym ciężko zarzucić dziwność i nietypowość. Tak, były dziwne koncepty, ale porównywać koncept do auta produkcyjnego to tak jakby porównywać jedzenie z reklam i to co dostajemy rzeczywiście na talerzu. 
Ale to przywiązanie do rozsądku i sensowności swojej gamy modelowej nie oznacza, że obyło się bez chociaż jednego dziwacznego produkcyjnego modelu. Volkswagen od lat 90′ kombinował z samochodami, które miały być wyjątkowo oszczędne. Przykładem niech będą Lupo 3L czy Audi A2 1.2TDi – łączył je fakt, że oba miały spalać mniej niż 3 litry paliwa na 100 przejechanych kilometrów. Wyjątkowy wynik, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że oba z tych aut produkowane były na przełomie tysiącleci. Ale to było za mało. Ówczesny prezes Ferdynand Piech miał bardziej ambitny cel i chciał zbudować samochód, który osiągnie spalanie poniżej 1l/100km. Absurdalne wymagania.
Prace trwały ponad 20 lat, ale finalnie wynik wyjechał na ulicę jako auto produkcyjne. Miał ultra lekką konstrukcję z włókna węglowego, tylko dwa miejsca i turbodiesla o pojemności 0,8 litra i mocy 48hp połączony z układem hybrydowym. Udało się, w testach wyszło, że auto spalało 0,9 litra na setkę. Szkoda tylko, że było już za późno. W 2014 roku gdy Volkswagen zaczął limitowaną do 250 sztuk produkcję ten samochód był zbędny. Na rynku były już auta elektryczne oraz ekologiczne i ultra drogi, niewygodny, głośny i niepraktyczny XL1 nikomu nie był potrzebny. Był lądowaniem na Marsie gdy cała reszta świata już tam imprezuje i czuje się znudzona czerwonym pyłem. 
Volkswagen XL1 to totalnie szalony samochód. Zbędny, niepraktyczny i za późno wprowadzony na rynek. 

Volkswagen XL1 to krótsza wersja przysłowia "Musztarda po obiedzie".

Opel

Opel to marka będąca ekwiwalentem rozsądku. Przez wiele lat samochody te uchodziły za jeszcze bardziej bezduszne niż Volkswageny. Gorzej złożone, ale też tańsze i… jakimś cudem nudniejsze. Nawet nie mogę powiedzieć, że były jakieś wyjątkowo nierozsądne modele. Były nierozsądne wersje rozsądnych modeli – Meriva OPC, Zafira OPC czy nawet Vectra C OPC (która była definitywnym przerostem mocy nad treścią) to jedyne przypływy szaleństwa, które Opel mógł sobie pozwolić. Poza tym… ciężko doszukać się naprawdę dziwnego Opla. Nie liczę super szybkiej Omegi, bo oficjalnie produkowana była przez Lotusa. 
Ale nawet w tej metodzie było szaleństwo. Był jeden model, którego do tej pory nie potrafię zrozumieć i nigdy nie widziałem na oczy. Chodzi o model Opel Speedster czyli… przebudowanego Lotusa Elise. Przez lata Lotus silnie współpracował z General Motors. Brytyjska marka pomagała amerykańskiemu gigantowi z dopracowaniem ich modeli, a w zamian miała pieniądze by jakkolwiek dalej funkcjonować. Przykładów tej współpracy jest kilka: wspomniany wcześniej Lotus Omega, Corvette C4 ZR1 czy Opel Speedster właśnie. Ostatni z nich to w ogóle dziwny przypadek, bo Lotus potrzebował pieniędzy by opracować nową generację Elise’a a GM powiedziało, że spoko tak, ale pod warunkiem, że przy okazji opracują auto sportowe dla Opla. Tak, Opla. Lotus oczywiście zgodził się na warunki i tak powstał Opel Speedster, który zamiast toyotowskiego 1.8 napędzany był oplowskim 2.2 w wersji wolnossącej lub turbodoładowanej oraz był wygodniejszy dla przeciętnego człowieka między innymi dzięki obniżeniu dolnej krawędzi drzwi. Finalnie niewiele osób kupiło Speedstera, czego dowodem jest fakt, że na rynku jest ich o wiele mniej niż oferowanych w podobnym czasie Lotusów Elise.

Wierzcie lub nie, ale Opel Speedster ma dużą grupę entuzjastów w Wielkiej Brytanii.

BMW

Zapytacie pewnie co na tej liście robi BMW. Przecież ta marka zawsze słynęła z szalonych modeli. Owszem, były auta rozsądne, jak bazowe serie 3 lub 520d, ale większość gamy zawsze miała swój szalony odpowiednik oznaczony literą M. I nie mówię o M-Pakiecie, oczywiście. 
Ale nawet BMW zdarzają się odpały większe niż zwykle. Szalonym było włożenie wysokoobrotowego V10 do M5, ale wtedy każdy prześcigał się w zawodach „kto wsadzi największy silnik do sedana”, więc to był znak czasów nie szaleństwa. Szalonym było też oferowanie 3-cylindrowca w Serii 3 lub poczwórnie uturbiony diesel stosowany przez kilka lat w modelach oznaczonych jako 50d. Ale nawet to jest pół biedy przy wynalazku, którym BMW planowało zwojować rynek samochodów elektrycznych w roku 2013.
Chodzi o kompaktowe i3 oczywiście. W tamtym czasie wielu producentów próbowało swojego szczęścia na rynku EV. Był auta opracowane od początku jako EV – czyli na przykład Renault Zoe lub Nissan Leaf, ale były też popularne auta na chama przerobione na elektryki jak E-Golf czy pierwsza generacja Fiata 500e. Ale BMW postanowiły pójść na całość i nie oszczędzać przy projektowaniu swojego pierwszego auta elektrycznego. i3 miało konstrukcję z włókna węglowego, ultra cienkie opony oraz mnóstwo innych technologicznych smaczków, które miały wydłużyć zasięg i pokazać właścicielowi, że kupując i3 dokonuje ekologicznego wyboru. Świetnie, szkoda tylko, że zasięg i tak był mizerny, a cena wysoka. Dodatkowo wygląd i3 jest… cóż, dyskusyjny – auto wygląda przedziwnie, szczególnie biorąc pod uwagę jego wąziutkie kółeczka. A żeby było lepiej, BMW wiedziało, że schrzanili sprawę, więc jako opcję dodawało do i3 silnik spalinowy ładujący baterię by wydłużyć zasięg. No świetnie panowie, brawo, dobrze Wam poszło – opracowaliście hybrydę, coś co Toyota miała w swojej ofercie od ponad dekady. 

i3 z silnikiem spalinowym nazywało się ReX. Prawie jak Subaru... lub "król" po łacinie.

Nissan

Ja wiem, ja wiem, dla większości entuzjastów Nissan wcale nie jest nudny. Modele takie jak Skyline, GT-R, Z, seria S czy sportowe wersje zwykłych aut takich jak Micra czy Pulsar to legendy japońskiego tuningu. Musimy jednak pamiętać, że większości ludzi Nissan kojarzy się z tymi bardziej… normalnymi modelami, na przykład Quashquaiem, Jukiem czy elektrycznym Leafem.
Inna sprawa, że nawet sportowe modele nie były tak od czapy jak się wydaje. Wypełniały popularną w danym czasie lukę w rynku, a japońska ekonomia pozwalała marką na zabawy w sportowe coupe. Nawet ludzie, którzy nie interesowali się motoryzacją wybierali 300ZXy jako swoje auta na dojazdy do pracy – tylko dlatego, że były dobrze wyposażone i wyglądały jak marzenie.
Wspomniana wcześniej japońska bańka ekonomiczna miała również bardziej… dziwaczne skutki. Nissan postanowił spróbować swoich sił w segmencie aut limitowanych i nawiązał w tym celu współpracę z firmą Zagato. Tak narodziły się dwa limitowane samochody: Nissan Autech Gavia Zagato oraz Nissan Autech Stelvio Zagato. Oba bazowały na luksusowym Nissanie Leopardzie, ale zamiast klasycznego nadwozia sedan, miały bardziej sportowe nadwozia coupe. Finalnie z zakładanych 200 sztuk Nissana Stelvio zbudowano jedynie 106, a potem kolejne 16 modelu Gavia. Powiedzieć, że modele te były klapą to nie powiedzieć nic. Ale przyznać trzeba, że są wyjątkowo interesujące, szczególnie, że na grillu mają logo Nissana.

Tego auta powstało 106 sztuk...
...a tego ledwo 16.

Dodge

Dodge – narodowa chluba Ameryki. Dla tej marki nie liczy się nic więcej oprócz mocy. 707hp? Za mało. 797? Też. 840? pff, dla dzieci takie liczby. 1025? No, teraz to możemy zacząć gadać. 
Czasem sobie myślę, że gdyby normy na to pozwalały, to Dodge montowałby w swoich samochodach silniki tak mocne, że faktycznie zmieniałyby ruch obrotowy ziemii, a nie tylko metaforycznie. Myślę, że gdyby się dało, to Dodge zrobiłby tak potężnego Challengera, że nawet na ósmym biegu dalej paliłby gumę. Gdyby to było tylko możliwe to Dodge zrobiłby samochód tak cholernie szybki na prostej drodze, że jedyne co byłoby w stanie za nim nadążyć to dragster kategorii Top Fuel. A nie czekaj – silniki w tych pojazdach oparte są na konstrukcji Dodge’a. 
Jednak szczytem szaleństwa w Dodge’u był model Viper. Brak ABSu, klimatyzacji, a nawet szyb czy dachu. Jesteś Ty, 8 litrów pojemności, 400 koni mechanicznych i nieokiełznana chęć by wcisnąć gaz do dechy. Powodzenia. 
Ale wiecie, Viper był autem sportowym. Samochodem, który powstał po to, żeby zwracać uwagę i zapewniać kierowcy emocję. Celowo nie napisałem frajdę, bo spodziewam się, że większość kierowców podczas szybkiej jazdy Viperem czuła głównie strach.
No ale Dodge nie byłby sobą gdyby silnik Vipera zostawił tylko w Viperze. Pytanie brzmi – jakie auto w gamie Dodge’a byłoby w stanie zmieścić tak wielki silnik pod swoją maską? Okazuje się, że… Ram 1500. I tak powstał Dodge Ram 1500 SRT-10. Dalej miał 6-biegowego manuala. Dalej miał napęd tylko na tylną oś. I nadal był cholernie trudny w prowadzeniu, bo na tylnej osi nie było nic tylko pusta paka. A jeśli chcieliście przestraszyć nie tylko swoją żonę, ale też całą rodzinę – mogliście kupić Rama SRT-10 w wersji czterodrzwiowej. Co za absurdalny pomysł.
Swoją drogą – wiedzieliście, że do tej pory Ram SRT-10 jest najszybszym seryjnie produkowanym pick-upem? Osiągnął prawie 250km/h – wynik, który do tej pory nie został pobity przez żaden podobny samochód. 

10 cylindrów, manual i nadwozie pick-upa. Co może pójść nie tak?

Lexus

Lexus to bardziej luksusowa alternatywa dla niemieckiej klasy premium. Tam gdzie Audi, BMW i Mercedes zabijają się o ilość M-Paków, S-Line’ów i Pakietów AMG, tam Lexus siedzi, popija herbatę i jest widocznie zdziwiony tym co jego koledzy po fachu odwalają ze swoją gamą. AMG to, M-Power tamto, S-line siamto… ileż można. Lexus wie, że prawdziwa klasa premium nie polega na krzyczeniu sportem, a na oferowaniu kierowcy maksymalnie relaksującego doświadczenia.
Lexusy są dopracowane, luksusowe i często opracowane bez kompromisów – dokładnie tak samo jak LS400 w roku 1989. Precyzja, komfort i świetne materiały – to są cechy Lexusa. Sport to zabawa dla tych niemców – Ci muszą się pokazywać na siłę – Lexus wie co jest wart, co oferuje i nie musi prześcigać się w ilości bezsensownych bajerów.
Biorąc pod uwagę filozofię Lexusa i to w jaki segment rynku ta marka zwykle celuje tym dziwniejsze jest zbudowanie przez nią supersamochodu. Szczególnie takiego, który nie rywalizowałby z Bentleyem, a raczej Lamborghini. Bezkompromisowego, ryczącego samochodu, którego głównym zadaniem są osiągi i bezkompromisowe wrażenia z jazdy. Ma być szybko, głośno, twardo i widowiskowo. I taki właśnie był Lexus LFA. Niespodziewany. Szybki. Głośny. Bezkompromisowy.
I totalnie chybiony.

LFA to jedno z najlepiej brzmiących aut w historii.

Chevrolet

Chevrolet Corvette, bla bla, Camaro, bla bla, Chevelle SS, bla bla bla… i inne takie modele to auta dobrze znane entuzjastom. I co do zasady – całkiem sensowne. Wiadomo, nie dla normalnego człowieka, ale mają – czy raczej miały – swoje konkretne miejsce w rynku i faktycznie się sprzedawały.
Oczywiście poza autami sportowymi Chevy buduje też normalne samochody takie jak Cruze, Spark, Bolt oraz SUVy i pick-upy jak Silverado czy Trailblazer. I one również, czego by nie mówić o ich popularności w Europie, miały swoich klientów i faktycznie w niektórych przypadkach można je było nazwać dość rozsądnymi propozycjami. 
Z tak szeroką i konkurencyjną gamą samochodów, Chevrolet nie powinien narzekać na sprzedaż. Wszystko jest na swoim miejscu, tam gdzie być powinno i nie ma powodu, żeby nagle wymyślać nowe auta niewiadomo po co. A jednak tak się stało. Tęgie głowy z Chevroleta wzięły Trailblazera, usunęły z niego nadwozia oraz przedni wał napędowy, dorzucili wielki silnik z Corvette i obłożyli do wszystko nadwoziem, które jak stwierdziła moja dziewczyna – wygląda jakby Teletubisiom kazano zaprojektować samochód. A żeby było jeszcze śmieszniej owe nadwozie było połączeniem auta sportowego, pick-upa, kabrioletu i coupe. Już widzę tłumy ludzi ustawiających się w kolejce po dwu-tonowego nie-pickupa-kabriolet zbudowanego na ramie nośnej napędzanego V8 z Corvette połączonym z automatyczną skrzynią i napędem tylko na tylną oś. A do tego wygląd… Miało wyglądać jak nawiązanie do lat 50′, a wyglądało jak upieczony marshmallow pozbawiony chrupiącej skórki. Co za idiotyczny pomysł. Jestem pod wrażeniem, że ktoś wpadł na to, by taki samochód wybudować, ale jeszcze bardziej podziwiam człowieka, który to zatwierdził. Chapeu bas.

Nie wiem, jaką niszę w rynku miał wypełniać SSR, ale nie istnieje ona nadal.

Citroen

Uhuhu, francuzi, przecież tu można wpisać każdy ich samochód, bo wszystkie to dziwadła bez sensu! No… niestety nie. Większość francuskich samochodów jest nudna do bólu i najciekawszym ich elementem są usterki elektryki, bo są jak promocje w Lidlu – co tydzień coś nowego. 
Poza tym te samochody są dość… nijakie. Prowadzą się okej, wnętrza mają okej – no wygląd, to oddam francuskim autom, że są bardziej charakterystyczne niż niemiecka konkurencja. Ale poza tym… popularne francuskie samochody bazują na sprawdzonych rozwiązaniach i nikt nie eksperymentuje tylko po to, żeby było dziwnie. Nawet Citroen, legendarnie dziwna marka przestał bawić się w hydropneumatykę i kilka lat temu wywalił ją całkowicie ze swojej gamy. Inna sprawa, że już od lat 90′ jedynymi modelami z tym rozwiązaniem były tylko największe i najdroższe modele, auta miejskie i kompaktowe bazowały na rozwiązaniach Peugeota. 
No ale przez lata robienia dziwnych samochodów, Citroenowi w końcu pękła żyłka i uznał, że skoro nie może robić dziwnej mechaniki to zrobi dziwne nadwozie. Najlepiej kabriolet! Albo hatchbacka! Albo może… JEZU CHRYSTE OBA NA RAZ! Tak powstał Citroen C3 Pluriel. Auto, które na pierwszy rzut oka jest ładnym, miejskim hatchbackiem. Szkoda tylko, że ktoś, kto wpadł na pomysł zrobienia z tego samochodu kabrioletu był niespełna rozumu i nie wpadł na to, że gdzieś trzeba ten zdjęty dach schować. No więc… w Citroenie C3 Pluriel dach się nie chowa. Chcesz wybrać się na przejażdżkę bez dachu w słoneczny dzień? Świetnie, ale dach musisz zostawić w domu. A co jeśli spadnie deszcz? No cóż… miej nadzieję, że nie spadnie.

A gdzie jest dach? Na pewno nie w samochodzie!

Smart

Zaskoczę Was głupią ciekawostką na temat Smarta, chcecie? W nazwie marki Smart wcale nie chodzi konkretnie o słowo oznaczające w języku angielskim „inteligentny, sprytny”. Smart to skrót os Swatch Mercedes ART. Tak, te samochody miały domyślnie być sprzedawane jako dodatek do zegarków na rękę. Zdziwieni? To dodam tylko, że Smart miał pierwotnie być produkowany przez koncern VW. Ciekawe jak wtedy wytłumaczyliby nazwę SMART…
Właściwie od momentu powstania Smart łączył sen z jawą. Nikt wcześniej nie próbował sprzedawać tak malutkiego autka za taką cenę i jeszcze do tego mówić ludziom, że to rozwiązanie bezpieczne, stylowe, prestiżowe i, nomen omen, sprytne. Dwukolorowe nadwozie niewielkich autek miało dwa cele – po pierwsze dodawało stylu. Po drugie zaś, podkreślało wyjątkową konstrukcję Smarta, a konkretnie jego wbudowaną klatkę bezpieczeństwa. Ten srebrny pałąk to element konstrukcji samochodu, dzięki któremu auto jest sztywne i wyjątkowo bezpieczne, szczególnie biorąc po uwagę jego rozmiary.
O ile sensowność zwykłych smartów jestem w stanie pojąć o tyle jedna rzecz mnie zastanawia… po jaką cholerę powstał Smart Crossblade? Ten samochodzik nie tylko jest wyjątkowo malutki, ale też totalnie niepraktyczny. Drzwi? Nie. Dach? Nie. Przednia szyba? Nie. tylna szyba? Nie. Normalne zderzaki? Nie. Normalne nadkola? Też nie. Co za poroniony pomysł. Wracając jeszcze na chwilę do drzwi… czy też raczej belek, bo to coś nie spełnia definicji słowa „drzwi” – unoszą się one do góry. Co za skrajnie absurdalny pomysł. Małe autko, jeszcze mniej praktyczne niż normalny Smart, ale za to dużo droższe. Przynajmniej nazwę miał fajną. Crossblade… No, to ma charakter. 

To wygląda jak Smart dla superbohatera. Ale który superbohater jeździłby Smartem?

Każda marka czasem robi coś głupiego

Nawet te najrozsądniejsze i najnudniejsze z nich mają taki moment gdy dostają kuku na muniu i muszą wymyślić coś absurdalnego i wdrożyć to do produkcji bo wybuchną. To jak… hm. Trzymanie kichnięcia na spotkaniu biznesowym. Możesz się wykręcać, przetrzymywać i próbować to zdusić, ale w końcu kichniesz. A potem się okaże, że nikt nie ma chusteczek.
To właśnie były te samochody. Kichnięcia, których nie dało się dłużej tłamsić. Odstępstwa od normy, które nie miały konkretnego celu ani rynku zbytu. Ale mimo to ciesze się, że powstały. Że księgowy jeden z drugim przymknął oko i pozwolił tak szalonym samochodom wyjeżdżać z fabryki. 

To prawdopodobnie nie jest jedyne 10 dziwnych aut nudnych producentów – więc dajcie znać jeśli potraficie wymienić jeszcze jakiś wyjątkowo nietypowy samochód z wyjątkowo typowym logo na masce. Czekam na Wasze komentarze!

Zostaw komentarz