Stellantis mówił "koniec V8 - to przeszłość". I co? I sprzedaż zrobiła skok ze spadochronem bez spadochronu.
To już któryś raz gdy piszę o, nie do końca według mnie logicznych, poczynaniach koncernu Stellantis. I z jednej strony chciałbym przestać. Ale z drugiej strony… no nie sposób o tym nie pisać, gdy oni sami strzelają sobie kolejny raz w kolano. No po prostu się nie da. W sumie, czy Stellantis ma kolana? Jeśli ma, to chyba z 10, bo bez mała cały magazynek rewolweru już w nie poszedł…
Ale o co chodzi?
Jeszcze stosunkowo niedawno przeglądając ofertę Dodge’a można było zobaczyć same modele z wielkimi V8 pod maską. Challenger, Charger oraz SUV Durango, wszystkie oferowane były z kilkoma różnymi V8, których moc oscylowała od 400 do nawet 800hp, w limitowanych wersjach Challengera przebijała nawet pułap 1000hp. Generalnie Ameryka pełnym ryjem – auta może i nie najnowsze konstrukcyjnie ale za to absurdalnie szybkie na prostej drodze.
Z resztą, nawet RAM – tak, to osobna w stosunku do Dodge’a marka – w swoich pick-upach oferowała całą masę różnych V8. Wiadomo, że ogromne ciężarówki wymagają wielkiego silnika, ale nic nie przebijało RAMa TRX, który swoją mocą 700hp i kreskówkowym wręcz wyglądem przyćmiewał wszystko inne – nie tylko w swoim segmencie.
A potem przyszedł Carlos Tavares
Czyli, już teraz były, CEO koncernu Stellantis i powiedział, że żadnych V8 nie będzie, a do tego najlepiej jakby wszystko było elektryczne. Już na początku lat 2020 taka teoria była ryzykowna, ale agresywne decyzje dotyczące EV i norm emisji spalin powodowały, że równie agresywna polityka Tavaresa miała szansę się sprawdzić.
No dobra, nie oszukujmy się – nie miała.
Zastąpienie świetnie sprzedającego się, taniego i spalinowego Fiata 500 drogim dodatkiem do torebki napędzanym elektronami zdecydowanie było niezbyt rozsądne. Szczególnie, że taki mały elektryczny Fiat potrafił ceną przebić Teslę Model 3 Performance. Nie żartuję, pisałem o tym TUTAJ. I oczywiście było zwalanie winy za słabą sprzedaż na sytuację geopolityczną, ale tak naprawdę to nie miało znaczenia – elektryczny Fiat 500 zupełnie minął się z rynkiem.
Potem było jeszcze lepiej. Świetnie sprzedające się – chociaż już leciwe – muscle cary Dodge’a czyli Challengera i Chargera Carlos kazał zaorać w momencie. Rozumiem, że te auta były już nie najnowsze, ale nadal miały wyjątkową sprzedaż, więc… gdzie problem?
A no w tym, że CEO Stellantis poszedł po rozum do głowy i chyba… się zgubił. Uznał on powiem, nasz Przyjaciel Carlos Tavares, że powodem popularności muscle carów nie jest V8, a… właściwie to nie wiem co wymyślił, bo wszystkie wyróżniki Challengerów i Chargerów wyrzucił do kosza prezentując Zupełnie Nową Koncepcję -w skrócie ZNP – która wyglądała tak:
Wygląda jak marzenie, a pod maską horror. Zamiast wielkiego, doładowanego kompresorem V8 jest… cisza. Silnik elektryczny. Ale przynajmniej dodali nowy znaczek nazwany Fratzog oraz wyjątkowo brzmiący dźwięk z głośników nazwany Fratzonic Chambered Exhaust. Spoiler alert – Fratzonic Chambered Exhaust za żadne skarby nie brzmiał tak dobrze jak zwykły exhaust w Chargerze Hellcat.
Nowy, elektryczny muscle car Dodge’a sprzedawał się tak dobrze, że… wycofali go po roku. Konkretnie to wycofali bazową odmianę R/T, ale wciąż, to niesamowite jak bardzo Stellantis musiał się przeliczyć, żeby po roku od premiery wycofać odmianę, która miała być tą najpopularniejszą.
By uratować sprzedaż pod maskę trafił nowy silnik
Ale nie V8, oczywiście, że nie V8.
Zamiast typowego amerykańskiego, potwornego silnika Stellantis postawił na… zupełnie nową, rzędową szóstkę biturbo zwaną Hurricane. Tak, podobnie jak w BMW M4, ale za większą cenę i z gorszymi osiągami. Super to Carlos wymyśliłeś, klawo jak cholera.
Naprostuję jeszcze kwestię osiągów – to nawet nie była kwestia mocy, bo Hurricane jest szalenie mocny mając moc 550hp. Problem w tym, że nadwozie jest ciężkie jak diabli – do tego nas akurat Dodge przyzwyczaił – więc pomimo nadwyżki mocy, M4 nadal wygra w sprincie i w zakrętach pewnie też.
Rzutem na taśmę do sprzedaży trafił TRX
Jako ostatni bastion, rzutem na taśmę na rynek wjechał RAM TRX. Super-pick-up, który swoją mocą i aparycją miażdżył Forda F-150 Raptor – co z resztą RAM pokazywał wszędzie w swoim aucie umieszczając grafiki raptorów pożeranych przez T-Rexy. W każdym razie – najmocniejszy z najmocniejszych RAM miał moc 700hp i wyglądał bardziej jak monster truck niż auto drogowe. Swoją drogą ciekawostka – według zapewnień producenta RAM TRX spala około 25 litrów na 100km. I można nim wjechać do SCT. Ot, ekologia.
Ale i tutaj musiał wejść Carlos i powiedzieć NIE MA V8, V8 JEST FUJ i zaorać TRXa. Zamiast niego wszedł właściwie identyczny RAM RHO. Dlaczego właściwie identyczny, a nie identyczny? Cóż, RHO ma rzędową szóstkę Hurricane zamiast V8 – tak, podobnie jak w Challengerze. Dobrze myślicie, właściciele RHO nie mają nawet co podchodzić do TRXów bo dostaną baty.
Na szczęście Tavares poddał się do dymisji...
Chociaż, stwierdzenie, że Tavares poddał się sam do dymisji to właściwie PRowe pie… farmazony. Realnie sytuacja jest taka, że pewnie zarząd się srogo wkurzył gdy kolejna marka dostała strzał w kolano za sprawą Carlosa i go po prostu zwolnili z pozycji. Oczywiście, nie mogli tego tak napisać, bo to byłby potężny blamaż, ale wszyscy i tak wiedzą o co chodzi.
Bo przypomnijmy, że za rządów Carlosa Tavaresa jako CEO Stellantis właściwie każda marka dostała w morde. Peugeot, Citroen i Opel dostały potężnie przez awaryjne silniki 1.2 i 1.6 THP (później PureTech), gama Fiata i Alfy Romeo zatrzymała się w miejscu, o Lancii i Chryslerze chyba wszyscy zapomnieli, Dodge zakończył produkcję kur znoszących złote jaja, a RAM po rezygnacji z V8 nie interesował już #nikogo. Pominąłem coś? Chyba nie, chyba macie pełen obraz katastrofy jaką stał się Stellantis.
...i magicznie wróciły V8
Charger odzyskał HEMI pod maską – narazie co prawda tylko w formie torowej wersji Drag Pak – ale liczy się to, że w końcu mamy właściwy silnik na właściwym miejscu. Dodatkowo produkcja Durango Hellcat, które miało być produkowane tylko przez rok została wydłużona – bo nikt już nie stoi z kijem i nie krzyczy KONIEC V8!
A najlepsze jest jednak to, że prawdziwy mastodon – czy może raczej dinozaur – wśród samochodów czyli RAM TRX wrócił i to mocniejszy niż kiedykolwiek. Zamiast wcześniejszych 700hp tym razem ekstremalny pick-up ma… 777hp. Tak, to najwięcej ze wszystkich normalnej wielkości pick-upów. Wiadomo nie liczę Super Duty i innych ciągników siodłowych przebranych za „cywilny” samochód.
Chciałbym, żeby to była nadzieja dla Stellantis
Ale dopóki nie uporządkują portfolio marek i nie zrobią czegoś z markami, które za żadne skarby nie chcą przynosić zysków – tak, patrzę na Ciebie Maserati i Alfa Romeo – to ja nie widzę szans na poprawę.
Wprowadzenie silnika spalinowego do Fiata 500 to sukces, owszem, ale osiągi tego auta pozostawiają wiele do życzenia. I niby fajnie, że Charger ma szansę odzyskać V8, ale to właściwie flagowy model marki, a nie fabryka zysków. Już nawet nie mówię o całej reszcie europejskich marek, które w jakiś – nie znany mi – sposób muszą odzyskać zaufanie bo bardzo nieudanych 1.2 i 1.6THP. O, albo Chrysler o którym świat kompletnie zapomniał i obecnie ma w ofercie jednego, niezbyt nowego minivana i tyle.
Dobra zaczynam się rozkręcać. Chciałem ten wpis zakończyć czymś pozytywnym, ale nie bardzo jest jak, skoro w kopalni Stellantis wszystko się wali i pali, a pracownicy heroicznym nakładem wznieśli z powrotem jedno wzmocnienie. Gratuluję, ale to za mało.
