Aerodynamika rządzi się swoimi prawami, a jej wpływ na auta elektryczne to coś niesamowitego.
W obecnie produkowanych samochodach elektrycznych aerodynamika jest ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Każdy wystający element lub źle pomyślana linia nadwozia obniża zasięg przejechany na jednym ładowaniu, a to obecnie główna rzecz o którą martwią się klienci. Wystarczy przypomnieć Mazdą MX-30, która chociaż broniła się w wielu aspektach zupełnie nie wzbudzała zainteresowania, bo jej zasięg wynosił jedynie ok. 250km. Co z tego, że przeciętny użytkownik samochodu przejeżdża dziennie znacznie mniejszy dystans – w oczach klientów 250km to dużo za mało i zupełnie bez sensu jest kupować auto, które przejedzie taki dystans.
Już zupełnie pomijam tutaj fakt, że dystans przejechany na jednym ładowaniu ma marginalne znaczenie i porównywanie długości bakłażana zasięgu jest zupełnie zbędny powyżej pewnej wartości. Prawda jest wszak taka, że oba moje auta – czyli Saxo 1.4 i A3 1.8T – miały na jednym tankowaniu zasięg około 500km i nikt nie miał z tego powodu range anxiety. W przypadku EV (Electric Vehicles) natomiast zasięg w okolicach 500km uznawany jest za niewielki i gorszy niż być powinien.
Oczywiście takie przywiązanie do zasięgu jest bez sensu, bo to do czego przywiązani powinniśmy być to nie ilość kilometrów przejechanych zanim ilość prądu w baterii spadnie do zera, a raczej to jak szybko owa bateria się ładuje. Niewiele jest aut spalinowych, które w komunikatach prasowych mają zawartą informację o zasięgu na jednym baku – a w każdym razie, na pewno nie jest ona tak ważna jak w przypadku EV.
Dopóki jednak klienci patrzą na zasięg aerodynamika gra pierwsze skrzypce
W przypadku aut spalinowych aerodynamika również ma znaczenie, a producenci chętnie chwalą się niskim oporem powietrza – o ile on rzeczywiście taki jest. Nikt jednak nie posuwa się do takich ekstremów jak w przypadku EV tylko po to, żeby ponieść zasięg auta spalinowego.
Coraz częściej w przypadku aut elektrycznych to co widzimy na zewnątrz jest tylko fasadą, makietą i linia dachu widziana od boku zupełnie nie pokrywa się z tym co widzimy patrząc od tyłu lub analizując wymiary tylnej części nadwozia.
Producenci prześcigają się w tym komu uda się lepiej wymyślić linię nadwozia w tylnej części samochodu. Pierwszy z brzegu przykład: Ford Mustang Mach-E
Zwróćcie uwagę na magię, którą posłużyli się styliści, żeby wkręcić wasze oczy i udawać, że ten samochód jest smuklejszy niż jest na prawdę.
Jak jednak wiemy, czegoś takiego jak magia nie ma i wszystko co „magiczne” da się wyjaśnić nauką lub odpowiednio uważną obserwacją. Nie inaczej jest tym razem – zauważcie czarne elementy nadwozia takie jak dach i nadkola. Optycznie obniżają one linię auta czyniąc ją smuklejszą i bardziej atrakcyjną. Gdy jednak weźmiemy te części i zmienimy ich kolor na ten sam co reszta nadwozia otrzymamy to:
Wcale nie jest to takie atrakcyjne, prawda? Nagle Ford Mustang Mach-E nie wygląda już jak smukły SUV o sportowym wyglądzie, a raczej jak każdy inny crossover.
I wiecie co mnie w tym zastanawia najbardziej? Dlaczego to właśnie Ford na to wpadł. Rozumiem ideę tego rozwiązania, bo dzięki niemu otrzymujemy zarówno miejsce na głowę dla pasażerów drugiego rzędu jak i atrakcyjny wygląd, ale na litość boską, czemu to Ford na to wpadł? Nie mam nic do Forda, ale to niesamowite, że zrobiła to marka popularna, a tymczasem Jaguar zrobił model I-Pace, który wygląda tak:

