Gwarantuję Wam, że po przejechaniu się Alpine A110 S okaże się, że Wasze auto nie jest wcale tak dobre, jak Wam się wydawało.
Recenzję zacznijmy może od momentu zanim jeszcze wsiadłem do samochodu. Odbierając kluczyki (choć może bardziej kartę), spodziewałem się, że powiązany z nią samochód będzie w wersji bazowej albo GT. Wyobraźcie sobie w jakim szoku musiałem być, gdy dowiedziałem się, że powierzony mi samochód to wersja S.
A właśnie – musicie wiedzieć, że nowe Alpine A110 ma kilka wersji. Jest wersja A110 – “bazowa” odmiana, czyli samochód w swojej podstawowej formie – wyważona konfiguracja, która nadaje się na każde warunki. Jest wersja Alpine A110 GT – odmiana “Stodziesiątki”, która została zaprojektowana z myślą o komforcie i długodystansowych podróżach. Ostatnia wersja to wersja Alpine A110 S – to ta, którą widzicie na zdjęciach – czyli odmiana stworzona do jazdy po torze wyścigowym. Zanim jednak zaczniecie pytać właściciela każdej spotkanej “Alpinki” jaką ma wersję, zwróćcie uwagę na znaczki znajdujące się na błotnikach, gdyż ich kolor umożliwia rozpoznanie wersji modelu. Jeśli są srebrne i błyszczące to jest to wersja podstawowa, jeśli są srebrne, ale matowe to będzie to wersja GT, natomiast jeśli są czarne, oznacza to wersję S.
“A da się ją zamówić bez spoilera?”
Zanim wsiadłem do samochodu miałem sporo czasu, by go dokładnie obejrzeć. I musicie wiedzieć, że mimo mojej miłości do radykalnego tuningu, mam swego rodzaju niechęć do spoilerów czy też tylnych skrzydeł. Tak, oznacza to, że gdybym miał Evo albo Subaru WRX STi to zdjąłbym z niego spoiler. A jak widzicie, testowane A110 ma niewielkie skrzydło z włókna węglowego na tylnej klapie. Jest to część Pakietu Aero, na który składa się wcześniej omówione tylne skrzydło oraz przedni splitter – również z włókna węglowego. Pakiet Aero jest opcją – co oznacza, że odpowiedź na pytanie z nagłówka brzmi: “tak, można zamówić bez spoilera”. Ciekawostka: Pakiet Aero wedle konfiguratora kosztuje 25 190 zł.
A skoro już jesteśmy przy wyglądzie – zauważyłem, że A110 jest dość kontrowersyjna. Według mnie jej design jest przyjemny w podobny sposób, co design nowego Fiata 500. Stylowy, miły dla oka wygląd, nawiązujący do lat 60’tych ubiegłego wieku. Ma to dużo sensu zważywszy na to, że model o którym dziś czytacie jest duchowym następcą Alpine A110 produkowanego w latach 1963-1974. Stąd właśnie przejęto poczwórne reflektory przednie, ułożone poziomo światła tylne czy też… całą sylwetkę samochodu właściwie.
Natomiast Ci bardziej złośliwi mówią, że Alpine A110 wygląda jak Porsche Cayman, które zjadło Mazdę MX-5. Coś w tym jest.
Nawet pod względem mechaniki.
Nie, nie chodzi mi tutaj o to, że Alpine A110 korzysta z komponentów Porsche czy Mazdy. Chodzi mi o to, że Alpine wyposażono w rzędowy, czterocylindrowy silnik, podobnie jak MX-5. W dodatku umieszczono go centralnie za kierowcą i połączono z dwusprzęgłową, automatyczną skrzynią biegów – jak w Caymanie. Masa własna “Stodziesiątki” też jest właściwie równa masie MX-5. Ale na tym podobieństwa do konkurencji się kończą. Głównie dlatego, że Alpine wyznaje zupełnie inną filozofię – ma być lekko, sportowo i bez kompromisów.
I to widać
Wspominałem już o tym, że Alpine waży tyle co Mazda MX-5, czyli około 1100kg. Warto jednak zaznaczyć, że jej głównym konkurentem jest Cayman, który jest cięższy. O ile? O prawie 300 kilo! 300! I nie można tego zrzucić nawet na większy silnik, bo zarówno w Caymanie jak i w Alpine jest czterocylindrowiec turbo. Wymiary? Też nie. Cayman jest większy, to prawda, ale jedyna wyraźna różnica wynika z długości – Porsche jest 20cm dłuższe.
