Był taki moment, gdy samochodowe systemy bezpieczeństwa pomagały, ale obawiam się, że zbliżamy się do momentu gdy działają zupełnie na odwrót.
Od czego by tu zacząć… Może od tego, że generalnie, co do zasady, systemy bezpieczeństwa są absolutnie konieczne. Ich obecność zdecydowanie poprawia bezpieczeństwo na drogach i sam jestem wdzięczny, że mój samochód je ma. No dobra, liczba mnoga to przegięcie, bo moje Audi ma tylko jeden system bezpieczeństwa – ABS – ale wiele razy uratował mi on rzyć. Obecne auta mają tych systemów jednak o wiele więcej i warto zaznaczyć, że dzieli się je na dwie kategorie.
Kategorie systemów bezpieczeństwa
Systemy bezpieczeństwa można podzielić na dwa rodzaje – zależnie od funkcji, które pełnią.
Systemy bezpieczeństwa czynnego – to rozwiązania, które mają nas uchronić od wypadku. Wszystkie ABSy, ESP i ESC są systemami bezpieczeństwa czynnego. Pod tą definicję można również podpiąć systemy awaryjnego hamowania, monitorowanie martwego pola czy asystenta zjazdu z pasa ruchu. Zadaniem systemów bezpieczeństwa biernego jest uchronienie podróżujących przed wypadkiem i ochrona kierowcy w razie popełnienia błędu lub nagłej nieprzewidzianej sytuacji na drodze.
Systemy bezpieczeństwa czynnego – to rozwiązania, które minimalizują skutki kolizji. Pierwszym rozwiązaniem, o którym myślimy w tej kategorii są poduszki powietrzne, chociaż to nie jest jedyny system bezpieczeństwa biernego. Oprócz poduszek powietrznych w samochodach są także pasy bezpieczeństwa, łamane kolumny kierownicze czy kontrolowane strefy zgniotu, a nawet foteliki dziecięce. Wszystkie systemy bezpieczeństwa czynnego mają co do zasady ograniczyć skutki wypadku, ale nie potrafią mu zapobiec.
Wszystkie te systemy poprawiają bezpieczeństwo
Niezależnie czy mówimy o systemach bezpieczeństwa biernego czy czynnego, każdy z nich poprawia bezpieczeństwo na drodze. Z resztą nietrudno znaleźć statystyki, które pokazują skuteczność ich działania. Pomimo coraz większej ilości aut na drogach rok w rok zmniejsza się ilość wypadków. W samej Polsce w 2004 roku mieliśmy 51 069 wypadków, a w 2024 było ich „tylko” 21 519. To są nadal bardzo duże liczby, ale spadek o ponad połowę w przeciągu 20 lat nie bierze się znikąd. I bardzo chciałbym powiedzieć, że to kwestia lepszej edukacji kierowców, wyższej jakości dróg i bardziej odpowiedzialnego społeczeństwa – i te faktory na pewno mają znaczenie – ale nie można w tym pominąć kwestii systemów bezpieczeństwa, które były w stanie odpowiednio zareagować w kryzysowych sytuacjach.
Dobrym sposobem oceny bezpieczeństwa samochodu są testy Euro NCAP
Przez wiele lat wyznacznikiem tego, czy samochód był bezpieczny czy nie, była ilość gwiazdek wystawionych przez Euro NCAP w testach zderzeniowych. Maksymalną notą było gwiazdek 5, minimalną 0. Oczywiście uzyskanie noty minimalnej nie powodowało, że samochód nie był dopuszczony do ruchu, ale jeśli ktoś kupował samochód z myślą o rodzinie lub po prostu bez zaufania do innych uczestników ruchu to mógł spojrzeć na gwiazdki i wiedzieć na co się pisze.
Pierwszym autem, które dostało maksymalną notę w testach Euro NCAP była Renault Laguna II generacji. Z resztą – w tamtym czasie francuska marka mocno stawiała na bezpieczeństwo i nawet Clio II miało bardzo wysoką notę 4 gwiazdek. Clio Sport miało tylko 2, ale inna historia. Potem notę 5 gwiazdek zaczęło zdobywać coraz więcej aut, bo klienci faktycznie patrzyli na oceny bezpieczeństwa.
Szkoda tylko, że obecnie normy Euro NCAP nie mają dużo wspólnego z faktycznym bezpieczeństwem w razie wypadku. W momencie swojego debiutu, czyli w roku 2005, Fiat Grande Punto zdobył 5 gwiazdek w testach zderzeniowych i bez wątpienia był jednym z najbezpieczniejszych aut w swoim segmencie. W 2018 roku gdy ten model z rynku schodził, to gwiazdek w testach miał… 0. Czy to znaczy, że Fiat osłabił konstrukcję i auto gorzej chroniło pasażerów podczas zderzenia? Nie, nic z tych rzeczy – konstrukcja auta nie uległa pogorszeniu. Grande Punto nie miało po prostu wszystkich wymaganych pipczyków i innych systemów ostrzegania, więc gwiazdek było 0.
Skoro już mówimy o pipczykach...
Miałem ostatnio okazję jeździć kilkoma zupełnie nowymi samochodami. I to naprawdę nowymi, rok produkcji 2024 lub 2025. I ciągle mi coś pipczało. Rozumiem, że auto pipczy gdy nie mam zapiętych pasów – to świetny pomysł, pasy ratują życie. Rozumiem też, że auto piszczy, gdy kluczyk jest w stacyjce, lub w środku w przypadku systemów hands-free, i drzwi są otwarte – przydatne, nikt nie chce przecież zatrzasnąć kluczyków w środku samochodu. Zdarzyło mi się raz i nie polecam. Rozumiem też pipczenie gdy światła są włączone, a kluczyków w stacyjce nie ma – łatwo rozładować akumulator, dobrze o tym przypomnieć.
Ale jak auto pipczy podczas normalnie jazdy i robi to bez przerwy to już szału dostaje. Powiecie, że powinienem się tym martwić, bo skoro pipczy znaczy, że coś robię źle. Otóż, okazuje się, że nie. Jadę sobie spokojnie 80km/h w miejscu gdzie ograniczenie jest do 100km/h i samochód bez przerwy pipczy. Dlaczego pipczy? Bo gdzieś przeczytał, że ograniczenie to 30km/h. Więc jedziesz i auto bez przerwy pipczy. Albo jeśli auto uzna, że nie patrzysz na drogę to zapipczy głośniej. Ktoś zahamuje? Znów pipczenie. Oh, albo jeśli uznasz, że chcesz się za kierownicą zrelaksować i dasz autu samemu się prowadzić – czyli korzystać z asystenta utrzymywania pasa ruchu – to po chwili też zapipczy i asystent się wyłączy.
Ile tego pipczenia?
Powiem *pip* Wam. *pip* Za *pip* dużo. *pip* Tak *pip* szalona *pip* ilość *pip* pipczenia *pip* nie *pip* ułatwia *pip* prowadzenia *pip* pojazdu. *pip*
Ponownie zaznaczę – uważam, że systemy bezpieczeństwa w samochodach to dobra rzecz – i naprawdę nie chcę, żeby ktokolwiek uznał, że bojkotuje każdy jeden z nich, bo to nieprawda. Ale sytuacja jest analogiczna co na przykład z… nie wiem – cukierkami. Kilka raz na jakiś czas jest fajnie zjeść, albo jednego po obiedzie czasem nawet warto. Ale jak codziennie ktoś je kilogram landrynek to prędzej czy później odbije się to jego zdrowiu.
Nakreślę Wam mój problem
Problemem nie jest to, że te systemy są. Niech są. To bardzo dobrze, że są. Każdy z nich jest na swój sposób świetny. Ale to co mnie męczy to fakt jak nachalne jest ich działanie. Jak bardzo wpływają na odczucia z jazdy i jak bardzo lepiej wiedzą co robi kierowca niż on sam.
Zdaje sobie sprawę, że nie każdy lubi prowadzić samochód. Zdaje sobie też sprawę, że nie każdy jest dobrym kierowcą – a nawet z tego, że są ludzie, którzy za kierownicą zupełnie być nie chcą, ale z różnych względów muszą. I takim ludziom te systemy na pewno pomagają. Bo jak ktoś się często rozkojarza, albo boi się prowadzić, to system pilnujący ograniczenia prędkości czy awaryjnego hamowania na pewno nie raz i nie dwa mu się przyda.
Ale zastanawiam się czy tego nie jest za dużo. Biorąc po uwagę, że już teraz są marki – między innymi Renault – które wstawiają do kokpitu ogromny przycisk wyłączający wszystkie pipczyki to pojawia się pytanie.
Czy tych systemów nie jest za dużo?
Skoro producenci wychodzą na przeciw oczekiwaniom kierowców i maksymalnie ułatwiają wyłączenie systemów to pytanie brzmi czy one są faktycznie aż tak potrzebne? Jasne, Unia Europejska powie, że są bardzo potrzebne i dzięki nim na świecie unika się setek jeśli nie tysięcy wypadków w każdym roku. No okej, tak, rozumiem. Ale spora część kierowców naprawdę nie chce, żeby coś im bez przerwy pipczało podczas jazdy, bo im to po prostu przeszkadza. Jaki jest więc cel montować – i wymagać montowania – systemu, który i tak będzie raz za razem wyłączany przez kierującego? To niepotrzebne zwiększanie kosztów produkcji. Inną sprawą jest fakt, że nawet jeśli producent uzna, że będzie montował minimalną ilość systemów to gwiazdki Euro NCAP spakują się i polecą na wakacje. Częścią wymogów stawianych przez organizacje jest montaż systemów bezpieczeństwa – ich brak oznacza brak gwiazdek niezależnie od tego jak bezpieczna jest konstrukcja samochodu. Już pomijam fakt samej homologacji, której auto bez systemów również obecnie nie dostanie. W każdym razie w Europie.
Czy my właśnie nie wychowujemy kierowców-debili?
To już jest naprawdę gadka w stylu starego dziada krzyczącego na chmury, że wszystko co nowe psuje młodsze osoby. Właściwie to nawet nie jestem pewien, że naprawdę wierzę, w to co faktycznie teraz napiszę. Uważam to jednak za potencjalny problem, który nie wiem na ile faktycznie jest realny, a na ile niepotrzebnie marnuję czas myśląc o nim w ogóle.
W każdym razie, zacząłem się zastanawiać – na ile te systemy faktycznie poprawiają bezpieczeństwo, a na ile wyręczają kierowcę. Nowy kierowca, który od razu dostaje auto z salonu, które ma te wszystkie pipczyki może z marszu myśleć, że niezależnie co będzie robił auto go i tak uratuje. Może sobie przecież jechać autostradą patrząc jednym okiem na Tik Toka, bo w razie czego przecież auto samo utrzyma się na pasie ruchu, samo zapewni odpowiedni dystans od poprzedzającego samochodu, samo zmieni pas po włączeniu kierunkowskazu i samo zahamuje w sytuacji awaryjnej. I po co się skupiać na drodze w takich warunkach? No po nic, skoro auto zrobi wszystko za kierowcę.
Spodziewam się, że podobne gadanie miało miejsce, gdy seryjny stawał się system ABS lub później wszystkie systemy kontroli trakcji. Pewnie już wtedy były głosy, że takie systemy spowodują, że ludzie oduczą się jeździć i jak ich wsadzić do auta bez tych systemów to się od razu rozwalą. Ale mam wrażenie, że jednym jest zapobieganie wypadkowi i ratowanie w sytuacji awaryjnej – a to robi ABS, ESC i ESP. A czymś zupełnie innym jest aktywne wyręczanie kierowcy – a to właśnie robią systemy utrzymywania pasa ruchu czy awaryjnego hamowania – aktywnie zwalniają kierowcę z konieczności zachowania ostrożności.
Systemy bezpieczeństwa powinny w samochodach być
Ale pojawia się pytanie – kiedy jest ich za dużo i jak blisko jesteśmy tego momentu. Z jednej strony – tak, ilość wypadków spadła. Z drugiej strony – czy skoro producenci ułatwiają ich wyłączanie myśląc o użytkownikach to czy faktycznie są one pożądane? Nie chodzi mi tutaj o Unie, bo to jedna sprawa, chodzi mi raczej o samych kierowców.
Albo inny temat do rozważań – czy da się te najbardziej wpływające na sterowanie systemy zaimplementować tak, żeby nie irytowały? Albo czy skoro systemy robią już tak dużo same, to po co jest kierowca? Oczywiście, że są ludzie, którzy chcą i lubią prowadzić, ale to wbrew pozorom mniejszość uczestników ruchu drogowego. Czy dla zwykłego człowieka nie byłoby lepiej gdyby po prostu prowadził komputer zamiast wtryniać się w każdą decyzję podejmowaną zza kierownicy?
Czy naprawdę jesteśmy tak daleko jak się wydaje od samochodów z autopilotem? Czy samochody już teraz nie prowadzą się same, a kierowca jest tylko podmiotem, na który można zrzucić winę za wypadek? Czy może wiara w progres i bezpieczeństwo reprezentowana przez Unię Europejską nie jest jak się wydaje za szybka, a raczej… za wolna? I już dawno auta powinny być autonomiczne?
Tyle pytań bez odpowiedzi. I takimi pewnie te pytania pozostaną, bo czas nie spieszy się specjalnie z udzielaniem odpowiedzi.
