Niemcy znają odpowiedzi na dużo pytań, których nikt nie zadał. Jedno z tych pytań brzmi: Jak zrobić diesla tak, żeby palił chore ilości paliwa?
Ci, którzy czytają mojego bloga wiedzą, że nie uważam żadnego silnika za gorszy czy lepszy. Znaczy, dobra, inaczej. Nie uważam żadnego rodzaju silnika za gorszy czy lepszy. Co oznacza tyle, że są silniki do bani, ale to nie wynika ze sposobu ich zasilania, a innych elementów jego charakterystyki. Oznacza to, że mam głęboko w nosie czy silnik napędzany jest gazem, benzyną, dieslem, elektronami czy wodorem tak długo, jak dany silnik pasuje do samochodu w którym jest zamontowany i nie kaszle przy napędzaniu go. I tak, to oznacza, że toleruję 75-konne 1.4 w lekkim autku miejskim, ale na myśl o 130-konnym 1.2 w sporym SUVie dostaje wysypki.
*drap drap*
Ale jest jedna kategoria silników które powodują, że aż chce mi się żyć. Do tej kategorii należą silniki głupie, absurdalne, kretyńskie, dziwne i takie, które nigdy nie powinny w ogóle powstać. Jeszcze lepiej, jeśli znajdują się w samochodach, w których nigdy nie powinny się znaleźć – to tylko potęguje ten efekt absurdu. Na przykład taka Honda Ridgeline z silnikiem z Formuły Indycar. No ale wiadomo, swapy silników, mimo że często bywają bardzo trudne do wykonania, to są czymś zupełnie innym niż konstrukcje budowane w fabryce przez renomowanych producentów.
Zatem porozmawiajmy o najdziwniejszych kombinacjach auto+silnik.
Renault Clio V6: taki śmieszny potworek, który powstał przez wsadzenie 3.0 V6 do kabiny małego Renault Clio.
Volkswagen Passat W8 4Motion: osiem garów w Passacie? Tak, a bo co? I tak, możliwa była wersja Variant + manual.
Audi RS6 C6: V10 w kombi to mało? W sumie tak, więc tu dołożono dwie turbosprężarki. Sedan też był. Nie wiem po co.
