Fiesta-miniaturka

Płaczesz? Nie… – Ostatnia Prosta #7

Witam na ostatniej prostej, czyli cotygodniowym podsumowaniu newsów z motoryzacyjnego świata.

Oto i jest – siódmy już odcinek Ostatniej Prostej. Jeśli chcecie przejrzeć poprzednie 6, kliknijcie TUTAJ. Jeśli natomiast jesteście na bieżąco z cotygodniowymi przeglądami newsów, to zostańcie tutaj, bo o ile cyfra 7 zwykle kojarzy się ze szczęściem, tak dziś… w typowy dla Ivolucji sposób, wywrócimy konwencję i zaczniemy smutnym newsem.

Wypad z baru! Koniec imprezy!

Właściwie, to nie imprezy, a fiesty. Fiesta to w sumie pewien rodzaj imprezy, ale w tym przypadku chodzi o samochód, który z Imprezą nie ma nic wspólnego. Ale nagmatwałem, aż jestem z siebie dumny. W każdym razie – fani Subaru Imprezy mogą spać spokojnie – ich ulubiony model nigdzie się nie wybiera. Fani Forda Fiesty natomiast… Cóż, ci też mogą spać spokojnie, ale jeszcze tylko przez niecały rok – potem ostatnia Fiesta zjedzie z taśmy produkcyjnej i kurtyna opadnie. Spektakl o tytule Ford Fiesta zostanie zakończony po prawie 50 latach trwania. Poświęćmy więc minutę ciszy przed monitorami i ekranami ku pamięci Fiesty. Spokojnie – możecie w tym czasie dalej czytać.

Razem z końcem Fiesty, kończą się również szanse na powstanie wyczekiwanej Fiesty RS.

Właściwie, to przy okazji tego newsa planowałem powiedzieć co nieco o moich wspomnieniach z Fiestą i za co ją lubiłem. Z tym, że nie miałem właściwie żadnych doświadczeń z Fiestą oprócz tego, że brat dziewczyny z którą się kiedyś umawiałem miał srebrny egzemplarz piątej generacji. To tyle. Pamiętam też jak napalił się mój tata na Fiestę ST siódmej generacji po tym, jak zaczął czytać o niej recenzje. Ja sam Fiesty nigdy nie miałem i na razie nie zapowiada się na to żebym miał, ale często ją polecam, bo to naprawdę dobry wóz. Niezależnie o której generacji mowa, wszystkie Fiesty łączyły dwie cechy – przyjemność z jazdy nawet najsłabszymi wersjami oraz typowe dla swojego segmentu połączenie praktyczności i ekonomicznej jazdy. I myślę, że to jest dokładnie to, za co powinniśmy ten model zapamiętać – za frajdę z jazdy bez kompromisów na użyteczności. Żegnaj Fiesto, mam nadzieję, że kiedyś znów się spotkamy.

Taśma receptą na wszystko.

Tak wygląda GMC Terrain...
... a tak wygląda profesjonalna naprawa.

Dobra, było smutno, to teraz czas się pośmiać. Na rynku amerykańskim oferowany jest SUV o nazwie GMC Terrain. I właściwie nie jest to auto, o którym warto się rozwodzić – ot amerykański SUV. Z tym, że egzemplarze wyprodukowane w latach 2010-2017 zostały właśnie wezwane na akcję serwisową. Jaki był powód? Uważajcie – światła w tych SUVach rzekomo świeciły za jasno i to powodowało niebezpieczeństwo na drogach. No dobra, dobra, rozumiem – oślepianie kierowców jadących z naprzeciwka jest nieuprzejme. Ale to nic w porównaniu do tego, jak GM postanowiło rozwiązać problem zbyt jasnych reflektorów. GM postanowiło, że idealnym rozwiązaniem będzie… naklejenie małego kawałka folii na każdy reflektor. Jak się domyślacie, właściciele Terrainów nie kryją oburzenia, bo kawałek taśmy nie brzmi i nie wygląda jak profesjonalna naprawa.

“Life is plastic, it’s fantastic”

I jak to nazwać? Barbierati?

Maserati to marka, która nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić. Z jednej strony próbuje rywalizować z BMW i Mercedesem modelami takimi jak Ghibli, Quattroporte, Grecale i Levante, a z drugiej strony próbuje podbierać klientów Ferrari modelami takimi jak MC20 czy GranTurismo. Problem w tym, że w żadnej z tych kategorii nie ma żadnej przewagi nad rywalami oprócz “włoskiego charakteru” – cokolwiek to nie jest. Maserati jest na tyle dziwną marką, że są nawet tacy, którzy dywagują, czy w ogóle powinna ona istnieć. Ale nawet pomimo dziwnego portfolio, marka z widelcem trójzębem w logo nie traci animuszu i stawia na współpracę z innymi słynnymi markami. Pewnie pomyśleliście o Gucci, Paco Rabanne albo, nie wiem, Channel? A gdzie! Maserati ubzdurało sobie, że idealnym kandydatem do współpracy będzie Barbie. Ja też nie rozumiem, ale tak właśnie powstało różowe Grecale, które widzicie na zdjęciach. Na szczęście powstaną tylko dwa egzemplarze, oba na rynek amerykański. Jeden z nich zostanie nawet sprzedany na aukcji, z której 10% dochodów zostanie przeznaczone na fundację Barbie Dream Gap, która pomaga małym dziewczynkom mierzyć się z barierami do swoich wymarzonych karier zawodowych. To… całkiem dobry pomysł. Jeszcze lepszym pomysłem byłoby zaoferowanie obu egzemplarzy w USA – przynajmniej nie ma szans, że nagle zaatakuje mnie agresywny róż tego SUVa.

Uprość i dodaj lekkości… NO CHYBA NIE.

Marka słynąca z absurdalnie lekkich aut właśnie zaprezentowała... absurdalnie ciężkiego SUVa.

“Uprość i dodaj lekkości” to maksyma założyciela marki Lotus – Colina Chapmana. I ten sposób budowania aut się sprawdzał przez wiele lat, zaczynając od malutkiego Lotusa Seven aż po nowoczesnego Elise’a i Exige’a. Już przymknąłem oko na elektrycznego Lotusa Evija, który waży 1600kg – jak powszechnie wiadomo, akumulatory swoje ważą i niewiele da się z tym zrobić. Zacząłem się martwić gdy zaprezentowano Emirę, która waży 1405kg. Przecież to grubas w porównaniu do Alpine A110! Teraz jednak, gdy pokazano światu Lotusa Eletre EV, to już straciłem wiarę w to, że w Lotusie jest jeszcze ktokolwiek, kto pamięta starego Chapmana. Wiecie, ile waży Eletre? 1600kg? 1800kg? A gdzie tam! Eletre waży ponad 2 tony! I w nosie mam, że najmocniejsza odmiana R ma ponad 900hp. Nie obchodzi mnie, że zaciski hamulcowe można polakierować na 6 kolorów. W nosie mam to wszystko, skoro mój ukochany Lotus już nie jest tym, za co go pokochałem. Wielka szkoda. Na szczęście mamy Alpine i Caterhama. Nie są to Lotusy Elise, ale jakoś to przeboleję, zważywszy, że na żadne z tych aut mnie nie stać. 

Spięcie w obwodach.

Samochody elektryczne to kontrowersyjny temat. Z jednej strony Mokka-e jest świetnym autem, a z drugiej strony, gdy jedziesz autem elektrycznym nie czujesz, że obcujesz z maszyną. I tak, dla normalnego człowieka to zaleta. Entuzjaści motoryzacji patrzą na to jednak nieco inaczej i dla nich auto elektryczne to sprzęt AGD, a nie mechanizm z duszą. Niezależnie jednak jak patrzycie na EV’ki, warto docenić sposób w jaki oddają moc – bez opóźnień. Ken Block też docenił i pokazał jak epicko może wyglądać zasuwanie bokiem autem elektrycznym. Dzięki brakowi skrzyni biegów Ken nie był blokowany (żart niezamierzony) limiterem obrotów podczas palenia gumy, więc prędkość kół mogła dochodzić nawet do 300km/h podczas robienia bączków. A wiecie co to znaczy? WIĘCEJ DYMU! No jest to kozackie, więc odpalcie film i podziwiajcie mistrza przy pracy.

Nie myli się tylko ten, który nic nie robi.

To właśnie o ten "brak" przycisków chodzi.

Volkswagen to marka, która dała nam wiele innowacyjnych rozwiązań, takich jak… um… oraz.. tego… Dobra, inaczej. Volkswagen to marka, która dała nam wiele genialnych rozwiązań i technologii, dzięki którym wielu z nas mogło bezpiecznie i bezawaryjnie dojeżdżać do pracy bez wiercenia dziury w portfelu. Silniki takie jak 1.9TDi, 1.8T, słynne VR6 czy dwulitrowe EA888 to konstrukcje zbudowane z taką nadwyżką materiałową, że nie dość, że można je modyfikować bez granic, to jeszcze nawet na wypadek zgnicia aut, w których są montowane to nadal będą nadawać się do jazdy. Tylko, że nawet VW miewa czasem wpadki. I nie chodzi mi tutaj o Dieselgate, bo to mamy już dawno za sobą. Tym razem chodzi o przyciski na kierownicy. A właściwie ich brak, bo VW postanowił zastąpić je panelami dotykowymi. Które to panele okazały się do kitu i już po kilku latach od wprowadzenia VW się z nich wycofuje. Jaki jest morał z tej historii? Właściwie to nie wiem. Może po prostu fizyczne przyciski są lepsze niż ekrany?

GSeeeee… że co?

Astra GSe jest ładniejsza niż podstawowy model. Ale czy to wystarczy by nie kupić GTi?

Ci z Was, którzy lubią klasyczne Hot Hatche pewnie kojarzą znaczek GSi – był on montowany na Kadetach E i Astrach F i jednocześnie mówił o tym, żeby z tymi kompaktami lepiej się nie ścigać. W skrócie – GSi dla Opla było tym samym, czym GTi dla Volkswagena. Z tym, że GSi ustąpiło miejsca OPC, a OPC umarło śmiercią tragiczną. I nikt nie płakał. Teraz jednak sportowe Ople dostają nowy znaczek inspirowany GSi, czyli GSe. Oznacza to wersję sportową (duh!), która tym różni się od byłych GSi, że jest hybrydą. I wspaniale, fantastycznie, dzięki Ci Panie Opel za budowę sportowych modeli. pspsps Czekaj, co? Opel Astra GSe ma mieć tylko 200hp? Nie no, bez jaj – przecież Golf GTi ma 240hp, a Hyundai i30N ma ich ponad 250. I to ma być konkurencja? bez jaj… pspsps A Grandland GSe ma się tym różnić od zwykłego Grandlanda Plug In, że będzie miał niższe zawieszenie i inny układ kierowniczy? Hm. Świetny start dla GSe, na pewno klienci będą walić drzwiami i oknami.

R jak… Honda?

Subaru WRX STi nie ma, Evo też umarło - czyli jedynym autem rodzinnym ze spoilerem został Civic.

Honda już od ponad 20 lat pokazuje konkurencji, jak powinien jeździć prawdziwy Hot Hatch. Owszem, były słabsze momenty, ale mimo to Hot Hatche Hondy nie traciły na popularności. Właściwie, to Hot Hatch – bo zawsze był tylko jeden. Nazywał się on Honda Civic Type R i właśnie wchodzi jego szósta już generacja. Tak, to dopiero szósta generacja CTRa, nie jedenasta jak normalnego Civica, bo Type R towarzyszy nam dopiero od generacji szóstej japońskiego kompaktu. I muszę Wam powiedzieć, że po zobaczeniu nowego Type R’a kamień spadł mi z serca. Ostatnie dwie generacje to były koszmarki stylistyczne, które owszem, miały fanów ale wyglądały, jakby rysował je 10-latek. Natomiast nowa generacja to zupełnie inna para kaloszy. To znaczy – tak, wielki spojler na tylnej klapie został, ale reszta auta mocno się uspokoiła. Trochę szkoda, bo awanturniczy design był jedną z cech Type R’a, ale z drugiej strony… 10-latków nie stać na nowe Hot Hatche, trzeba więc było celować w inny przedział wiekowy.

W tym tygodniu to wszystko. I przepraszam Was, że mimo szczęśliwego numerka w tytule ten wpis wyszedł jakiś smutny. Takie mamy newsy, a ja nie na każdy news reaguje entuzjastycznie. Cóż, może następny tydzień będzie lepszy? Miejmy nadzieję. Ja spadam, nara, elo i cześć!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Udostępnij ten wpis:

Share on facebook
Share on twitter
Share on pinterest
Share on email

czytaj inne wpisy:

W końcu! – Ostatnia Prosta #11

Witam na ostatniej prostej, czyli cotygodniowym podsumowaniu newsów z motoryzacyjnego świata. Mamy to! Ostatnia Prosta z numerem 11. Wiem, zwykle świętuje się numer 10, bo jest bardziej okrągły, ale nie od tego jest Ivolucja, żeby utrzymywać jakiekolwiek standardy. W każdym razie – pisząc pierwszą Ostatnią Prostą nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle. Właściwie,

Czytaj więcej »

Buzię widzę w tym autu.

Często mówi się, że samochody wyrażają emocje. Tylko… dlaczego? Miałem kiedyś koleżankę, która nie interesowała się samochodami i podczas rozmowy z nią wywiązał się następujący dialog: -Ivo, bo ja chyba jestem jakaś dziwna, bo wydaje mi się, że samochody mają twarze. -Nie jesteś dziwna, bo tak właśnie jest. Koleżanka była zaskoczona, ale chyba ją uspokoiłem.

Czytaj więcej »

KN? A co to za marka? – Ostatnia Prosta #10

Witam na ostatniej prostej, czyli cotygodniowym podsumowaniu newsów z motoryzacyjnego świata. No, w tym tygodniu powiedzieć że było ciekawie, to jak nie powiedzieć nic. Mamy zamieszanie związane ze zmianą logo, zupełnie nowy pomysł na kierownicę, bohemę samochodową w europejskiej stolicy czy nową Mazdę inspirowaną… A nie mogę Wam przecież wszystkiego zdradzić we wstępie, prawda? Zapraszam

Czytaj więcej »

Personal Luxury Coupe, czyli to, co Ameryka lubiła najbardziej. Do czasu.

Wiecie doskonale, że na Ivolucji lubię wyciągać motoryzacyjne endemity. Personal Luxury Coupe to jeden z dziwniejszych. Stany Zjednoczone Ameryki to bardzo dziwne miejsce. I nie chodzi mi nawet o to, że u nich jeden stan jest wielkości przeciętnego europejskiego kraju. Znaczy – fakt, to dziwne, ale to nie jest blog o podziałach polityczno-geograficznych, więc wyjaśnianie

Czytaj więcej »

Mercedes, weź odstaw ten komputer, co? – Ostatnia Prosta #9

Witam na ostatniej prostej, czyli cotygodniowym podsumowaniu newsów z motoryzacyjnego świata. Tydzień w tydzień, zawsze gdy piszę Ostatnią Prostą zastanawiam się, czy jest coś co może mnie jeszcze zaskoczyć jeśli chodzi o dziwne pomysły marek samochodowych. Mieliśmy już terenowe Lamborghini i Porsche czy BMW inspirowane pewnymi gryzącymi zwierzakami, ale w tym tygodniu… w tym tygodniu

Czytaj więcej »

Hot Hatch do 10-15 tysięcy – co kupić #10

Co zrobić, gdy potrzebujecie miejskiego auta, ale nie zadowala Was wolny wózek na zakupy? Tutaj znajdziecie odpowiedź. Ah, Co Kupić… Seria, w której podpowiadam Wam, co możecie nabyć w danym budżecie i wymaganiach. Dziś w jubileuszowej, dziesiątej już edycji rozglądamy się za sportowym autem miejskim, które zapewni fajne osiągi i frajdę z jazdy. To jak?

Czytaj więcej »